|
Relacja rozwella z Maratonu MTB Cięcina |
|
Autor: rozwell
|
|
03.06.2008. |
Pierwszy czerwca. Godzina 5 rano. Dzwoni budzik – trzeba wstać dziś
wielki dzień. Po porannej toalecie i śniadaniu idę wyciągnąć rower z
garażu. Wykonuje parę drobnych regulacji i innych drobnostek po czym
wracam do domu i pakuję ciuszki kolarskie do plecaka. Teraz czeka mnie
5 km dojazdu do kenego.
Na miejscu jeszcze czekamy na Kubę – wszyscy mieliśmy być 7.30 ale jak
to zwykle, musiało wystąpić pewne opóźnienie. W końcu po jakichś 15
minutach wszyscy wyruszamy z zapakowanymi rowerami po Gosię która to
mieszka po drodze. Po zabraniu niewiasty wyruszamy w drogę do Cięciny.
Na miejscu, po perypetiach związanych z poszukiwaniami czynnego sklepu
w okolicach Andrychowa, jesteśmy około godziny 9.30. Idziemy do biura
zawodów się zarejestrować.
Wybija godzina 11. Wszyscy na starcie ruszają w drogę. Rzekłbym drogę
przez mękę dla niektórych, ale o tym później. W tym roku pilot na
quadzie dobrze pojechał. Chyba zadziałała moja groźba/prośba aby pilot
baczniej uważał na drogę ;)
Po krótkim podjeździe pod Groń stawka się rozciągnęła – co mocniejsi
wystrzelili jak z procy. Ja niestety po przespanej zimie zostałem nieco
z tyłu. Lecz co wtoczy się w góre musi się stoczyć na dół. Na zjeździe
pozwoliłem sobie na odrobinę większą prędkość zważywszy na nowe opony i
hamulce – i to byłby błąd – jakiś starszy pan zaliczył wywrotkę. Na
szczęście zdążyłem ominąć pechowca i upewniając się że jest z nim
wszystko w porządku pojechałem dalej. Po zjeździe do Cięcin kawałek
dalej zauważam Kenego zmieniającego dętkę – lub przynajmniej
próbującego ;)
Po stosunkowo płaskim odcinku zaczyna się prawdziwe piekło – podjazd
pod Grapę. Pare kilometrów wyciska z człowieka ostatnie poty a
dodatkowo słońce które niemiłosiernie przygrzewa pozbawia mnie złudzeń
o dobrej pozycji. Po parudziesięciu metrach daje za wygrana i pokonuje
tą górkę w większości z buta. Po serii zjazdów i podjazdów docieram do
bufetu który organizatorzy nazwali „oazą wytchnienia” – tam
zaopatrzenie niczym nie ustępuje czołówce polskich maratonów. Arbuzy,
banany, pomarańcze, ciastka i tylko brakuje izotoników ale za to są
dosyć dobre soki (Polecam ten żółty – chyba pomarańczowy).
Parę słów o zjazdach. Są wymagające. Szybkie, łatwe przeplatają się
technicznymi stromymi. Gdy popada trzeba się wykazać nie lada
umiejętnościami rodem z DH. Chociaż od paru dni nieźle grzało słońce to
i tak miejscami zalegało niezłe błocko zalepiające opony – sprawdzony
głęboki bieżnik to konieczność. Szczególnie w pamięci utkwiły mi te
zjazdy w których jedzie się koleinami po zwózce drzew ze ścinki oraz
wąwóz wyżłobiony przez wodę z opadów deszczu. Jeden błąd i spotkanie z
ziemią gwarantowane.
Oznaczenie trasy na bardzo dobrym poziomie – ani razu nie pobłądziłem.
Oszczędzę tutaj dalej opisu trasy bowiem jest mapka ;) Na mecie czekało
na zawodników pyszne ciasto jabłkowe i kiełbaska z grilla lub kaszanka.
Oraz co bardzo miłe. Większość osób które przyjechały nie opuściły
Cięciny z pustymi rękoma – losowanie nagród w którym chyba było więcej
nagród niż uczestników ;)
Gorąco polecam ten maraton. Niezapomniane widoki. Organizacja na najwyższym poziomie i miła atmosfera.
PS. Nie zapomnijcie dętki jak Kuba który złapał 5 dziur ;)
|