25 marca wybraliśmy się większą grupą (ośmioosobową) na pierwszą bardziej zorganizowaną wycieczkę ;-) Poniżej dwie relacje z tej wycieczki. Jedna Gosi, druga Annihilatora. Wycieczka do Miękini (jak się ostatecznie okazało), łączny dystans około 60 kilometrów lajtowym tempem.
Pierwsze relacja Annihilatora, z racji że on napisał ją pierwszy.
To była pierwsza poważniejsza wycieczka KTS BikerTrzebinia
od początku roku. Zaczne najpierw od składu rowerów: 2 Wheelery, 2 Meridy, 3
(!!!) Kony i 1 Author. Jak widać obstawka to nie byle jaka, jeszcze nigdy chyba
nie było tylu elitarnych rowerów w takich ilościach.
Zacznijmy od tego, że propozycje tejże wyprawy złożyła
Gosia, to też na nieszczęście stała się automatycznym przewodnikiem całej grupy (czym to w
praktyce grozi nie musze mówić chyba). Na wstępie warto zaznaczyć, że Foreight
wyrusza z lekko przebitą dętką i lekko żywą obręczą, ale to jeszcze nic...
Wyruszyliśmy przez Puszczę Dulowską, bo tak zarządziła Pani
przewodnik. Było krótkie ,Puszcza'' i już wiadomo o co chodzi. Wiadomo, że nie
będzie ostrych zjazdów itp, co to to nie. Oczywiście Pani przewodnik można rzec
ustalała plan wycieczki na bieżąco w trasie.
Po nudnawych jazdach szukamy szlaku zielonego i wyjeżdżamy
gdzieś na Woli Filipowskiej, przekraczamy drogę krajową nr 79 i jedziemy dalej,
za szlakiem. Zaczyna się robić terenowo - znaczy błotniście. Pierwszy postój -
Foreight musi dopompować koło, koledzy Tomka (Ci na Konach) muszą napić się
Bobo Fruta. Ja jeszcze się wkurzam na nowy, licznik Cateye. Zdaje się, styki
nie do końca stykają i raz mi mierzy, dwa razy nie. Wobec czego daruję sobie
spoglądanie na ten licznik na razie, co by się zbędnie nie denerwować.
Ruszamy dalej przez błotka. Prowadzi rozwell. Pani
przewodnik Gosia, z kenym zamykają kolumnę. A rozwell na czuja prowadzi grupę i
gdzieś tam się lekko mijamy ze szlakiem. Za to dostaje opiernicz, bo gdzie on
grupę śmie prowadzić na manowce, opiernicz od Pani przewodnik.
Jedziemy więc wąskimi dróżkami, mijamy parę powalonych
drzew, zatrzymujemy się przed Miękinią. Chwila postoju przy kamieniołomie,
wspinaczka części z nas na górę i fotki. Ogólnie nuda, nikt nie chciał z tego
zjechać więc rowery w ruch i jedziemy dalej, docieramy do Miękini. I tutaj
zaczyna się koszmar tej wycieczki.
Plan był jechać później na Paryż. Wszystko ładnie pięknie,
jedziemy drogą główną w Miękini, podjazd i TRAAACH. O to prezes, keny, zgubił
można rzec, linkę od przedniej przerzutki.
Awaria dla niego to żadna w sumie - zakładamy mu dwójkę z
przodu i niech się cieszy. I ruszamy dalej, daleko nie pojechaliśmy i znowu
TRAACH. I znowu. O to po raz kolejny, prezes, keny (dla jasności ponownie)
zgubił tym razem łańcuch. Linka to była dla niego za mało, musiało więc paść na
łańcuch. I co? No koniec wycieczki, prawie. Do tego chwali się jeszcze
pęknięciem obręczy. Wszystko gitara. Pogodę mamy za nic to i takie awarie też
musimy mieć za nic.
Oczywiście zapominamy o Paryżu. Teraz jedyny nasz problem,
to doholować prezesa do domu. Odbijamy na Filipowice i głównie Foreight (też ma
spore straty w sprzęcie) holuje prezesa do domu. Ja Gosia i rozwell od czasu do
czasu pomagamy. Oczywiście Foreight zalicza parę postojów jeszcze, celem
napompowania dziurawej dętki. Do tego, przez całą drogę, Tom3k i koledzy na
Konach Kikapu, ciągle popijają kolejne Bobo Fruty.
I tak, jadąc przez Puszczę Dulowską kończymy wycieczkę. Ja
odbijam w dom, a prezesa dalej przez teren tam holuje Foreight. On to zrobił
dzisiaj zdecydowanie za wiele km!
Teraz relacja Gosi.
Niedziela, 25 marca, od samego rana zapowiada się piękny i słoneczny dzień. Pogoda wręcz idealna na rower. Dwa dni wcześniej pojawia się temat na forum dotyczący właśnie niedzielnej przejażdżki. Temat niestety umieszczony został na forum wewnętrznym niestety, a może na szczęście..
Zbiórkę planujemy pod siedzibą Bikera o godzinie 14. Na czas pojawiam się ja, rozwell, Anni no i oczywiście keny z Foreightem, który jeszcze zajmował się swoim rowerem i nie był jeszcze totalnie gotowy do wyjazdu. Automatycznie generuje opóźnienie. Jednak to w niczym nie przeszkadza, bo dzwoni Tom3k z informacją, że są w drodze (razem z Olo i Dareckim), i że się trochę spóźnią. Tak więc czekamy na resztę ekipy.
W międzyczasie zastanawiam się nad wyborem odpowiedniej trasy, bo to właśnie na mnie spoczywa ten obowiązek jako pomysłodawcy i organizatora tej wyprawy. Jedynie co przychodzi mi do głowy to kierunek Puszcza Dulowska :) Punktem docelowym miał być Paryż. Miał być.. bo w rezultacie jednak nie był. A fani podjazdów szczególnie ambitni zdobywcy Hrobaczej Łąki musieli obejść się smakiem.. ale o tym później.
Do ekipy dołączają Tom3k, Olo i Darecki. Dwóch ostatnich w końcu mamy okazję poznać. Kilkanaście minut po czasie jesteśmy gotowi do jazdy. Ośmioosobową grupą ruszamy w kierunku Puszczy. Na pytanie gdzie jedziemy bez zastanowienia odpowiadam: nie wiem :p
Trasę postanowiłam analizować na bieżąco. Tempo jazdy pozwala mi krok po kroku przemyśleć każdy fragment trasy.
Początkowo wbijamy się na szlak niebieski, prowadzący nas przez Puszczę aż do Rudna. Tam nasi nowo poznani towarzysze od razu pytają o sklep. Kto by pomyślał, że już są zmęczeni i spragnieni :P Dla zabicia pragnienia kupują gazowany soczek, który jednak spritem nie był :P W tym miejscu spotykamy dwóch Bikerów z Oświęcimia, którzy wracali już w kierunki swojego miasta. Nasza podróż dopiero się zaczęła..
Kolejnym punktem odniesienia jest szlak zielony, który prowadzi nas do Woli Filipowskiej, a po przejechaniu drogi głównej w teren. Tu kolejny postój, przed nami bardzo mokry i błotnisty lekki terenowy podjazd. Oczywiście prowadzi grupę ucieszony z tego odcinka Foreight, a ja zamykam kolumnę. Właśnie tak – uwielbiam błotko :P
U szczytu oczywiście nieuniknione staje się faktem – gubimy szlak. Tylko niepotrzebnie rozwellowi dostaje się ochrzan ode mnie, bo to on prowadził i automatycznie stał się winnym całej tej sytuacji.
Muszę się przyznać, że sama nie zauważyłam, że szlak biegnie równolegle do ścieżki którą jedziemy, tylko że 20 metrów dalej. Mijamy kilka ciekawych punktów widokowych i trafiamy do nieczynnej już kopalni odkrywkowej porfiru w Miękini.
Ja oczywiście jako zapalony student górnictwa i geologii nie mogę powstrzymać się od komentarza i zainteresowania. Skrupulatnie podziwiam czerwony kamień z tych okolic. Po kilku minutach ruszamy dalej, mijamy jeziorko i dojeżdżamy do głównej drogi Krzeszowice – Miękinia. Kierujemy się na północ do centrum Miękini. Tu zaczyna się pasmo nieszczęść..
Kolejny podjazd zdaje się być nie do pokonania dla keneso. Zmieniając bieg zrywa linkę od przedniej przerzutki – defekt nie do naprawienia. Foreight wyciąga z kieszeni swój magiczny „bolec”, którym blokuje przerzutkę tak by zatrzymała się na środkowej tarczy. Uff.. możemy jechać dalej :) Jednak przełożenie to najwyraźniej nie spodobało się kenelu, który oczywiście ma więcej siły w nogach i po obrocie korbą zrywa łańcuch :|
To już chyba koniec..
Wzrok wszystkich zatrzymuje się na Annihilatorze – tylko on mógł mieć ze sobą coś co zwie się skuwacz. Jednak jak na złość nie zabrał ze sobą. Keny zwija łańcuch do kieszeni i tu zaczyna się holowanie prezesa. Ten to ma dobrze, bo kto by mu nie pomógł :P
Tak więc omijamy Paryż i zjeżdżamy do Filipowic szukając jak najkrótszej drogi do domu. Wracamy Puszczy już w nienajlepszych humorach, lekko zdegustowani tą wyprawą. A miało być tak fajnie :P
Pierwsza zorganizowana wycieczka w tym sezonie nie wyszła. Niby zrobiliśmy te 60 kilometrów, jednak niewielka prędkość, długie i częste postoje trochę męczą, jeszcze taki skumulowany pech :| Dodam jeszcze, że Foreight co chwila zatrzymywał się i dopompowywał koło, by do domu i tak w rezultacie dojechać na kapciu :|
Eh, straszne to było, jednak nie zaprzestaniemy na jednej większej wycieczce mimo to :)
|