Dnia 6 maja odbył się trzeci z kolei Rajd (zwał jak chciał dla niektórych wyścig) z Krakowa do Trzebini promujący naszą okolicę. Jak zwykle po małych przygotowaniach i zebraniu ekipy wyruszamy w naszą pierwszą w tym dniu przejażdżkę. Około godziny 8 wyjeżdżamy z Trzebini w paczce 5 osób (Foreight, keny, Wojtek, Kuba i Ja) i zmierzamy w kierunku Krakowa. Postanowiliśmy w tym roku darować sobie przejazd w zatłoczonych jak dla nas autobusach i pojechać na start na 2 kółkach. W Krakowie zjawiliśmy się około godziny 10 z groszem.
Po zgłoszeniu się w biurze rajdu i odebraniu naszych numerów pojechaliśmy w poszukiwaniu Artura, który postanowił dołączyć do naszej paczki i wziąć udział w zabawie razem z nami. Start miał odbyć się o godzinie 11:15 więc postanawiamy pokręcić się w poszukiwaniu wody i jakiegoś zajęcia po krakowskich błoniach. Po krótkiej włóczędze i załataniu opony kenego (oczywiście ten to zawsze musi złapać kapcia) ustawiamy się na linii startu, dzielnie uchylając się przejeżdżającym autom, które ciągle przejeżdżały przez nasz peleton. W końcu wybiła godzina W 11:15 słyszymy z głośników dobywa się to magiczne słowo zaczynamy, jak powiedzieli tak zrobili prowadzący z PTTK poszli jak burza już nic nie mogło nas powstrzymać, niespełna 3 setki kolarzy wyruszyło w tą już magiczną podróż. Trasa szła dokładnie tymi samymi drogami co rok temu więc nie mieliśmy żadnych problemów z nią, oraz z tempem wycieczki każdy obierał swoją prędkość i nie spotykaliśmy się z narzekaniami ze strony przewodników, którzy by mieli dyktować nam tempo. Oczywiście pierwsze parę kilometrów mogliśmy obserwować długi sznurek ciągnący się po wałach rzeczki, który wraz ze wzrostem odległości od mety stawał się coraz bardziej dziurawy.
Jak co rocznie utworzyły się 2 grupy chcących się po ścigać i chcących przejechać trasę w sposób spokojny. Z tego faktu została zorganizowana ucieczka, która nie spuszczała „ognia” z pedałów i dawała czadu aż do końca. Na trasie nie brakowało również emocji. Z relacji naocznych świadków doszło nam do uszu o kilku wypadkach, ale na szczęście nie niebezpiecznych. Na 30 kilometrze czołowa ucieczka rozdwoiła się i zrobiło się naprawdę ciekawie. Prawdopodobnie to zdarzenie podniosło tak bardzo tempo rajdu ponieważ wszyscy zaczęli się gonić chcąc dołączyć. Ja z naszym lokalnym masterem na Treku Pilot odstawiliśmy na parę set metrów naszych kompanów ciągnąc jak się okazało trochę dłuższą, ale za to prostszą technicznie drogą. Dopiero po kilku ładnych minutach dogonił nas zahartowany w bojach Wojtek, który dawał potem ostro czadu i trzeba przyznać że był całkiem dobrą osłona od wiatru. W puszczy jak zwykle było łatwo odczuć zmęczenie ponieważ ten długi odcinek prostej jest naprawdę nudny i zawsze tam łapie kryzysy. Na metę zjawiliśmy się razem we trójkę, zaraz za nami zjechali 2 koledzy reszta w proporcjonalnych do straconej odległości odstępach czasu. Jak się okazało na mecie byliśmy wcześniej niż organizatorzy, którzy byli odpowiedzialni za odbieranie numerów startowych. Po oddaniu numerków pospieszyliśmy na grochówkę z bułkami żeby odzyskać stracone siły i uzupełnić braki wodne.
Po zjechaniu się większości rowerzystów nastał czas na cześć artystyczną. Niestety nie możemy jej zbytnio pochwalić ponieważ chyba nikt z organizatorów nie zauważył, że połowa (o ile nie większość) spektaklu była powielona z zeszłego roku, przez co musieliśmy kilka godzin siedzieć w słońcu i słuchać wodzireja. Cóż czego się nie robi, żeby zobaczyć kto zgarnia główne nagrody. Po rozlosowaniu nagród większość ludzi zaczęła zbierać się do odjazdu i tak zakończył się III rajd Kraków – Trzebinia. |